Blog / O Wokandzie: kulisy i standardy / Jak powstała Wokanda.net? Historia jednego przesłuchania pod Poznaniem
Jak powstała Wokanda.net? Historia jednego przesłuchania pod Poznaniem
24 lipca 20263 min czytaniaO Wokandzie: kulisy i standardy
Byłem wtedy na rozprawie karnej w Łodzi. Nazajutrz, w tej samej sprawie, wyznaczono przesłuchanie świadka gdzieś za Poznaniem – czynność na tyle istotną, by kogoś tam wysłać, ale nie na tyle, bym musiał uczestniczyć w niej osobiście. Rzecz w tym, że wszyscy w moim zespole byli już obłożeni pracą.
Wieczór, telefon i ogłoszenia, na które nikt nie odpowiada
To, co robiłem przez kolejne godziny, wyglądało dokładnie tak, jak wygląda to u setek pełnomocników w całej Polsce każdego dnia. Gorączkowo przeszukiwałem grupy na Facebooku poświęcone substytucjom, rejestrowałem się do nowych, dodawałem ogłoszenia, podbijałem je, ponawiałem. Nikt się nie zgłaszał.
Perspektywa była następująca: bladym świtem wsiadam do samochodu, jadę cztery godziny w jedną stronę, biorę udział w posiedzeniu, które potrwa może czterdzieści pięć minut, po czym jadę cztery godziny z powrotem. Dzień pracy adwokata gospodarczego wymieniony na osiem godzin za kierownicą. Trudno o lepszą ilustrację marnotrawstwa.
„To jest przestrzeń na innowacje”
Napisałem wtedy w komunikatorze do przyjaciół, którzy są świetnymi programistami, że mamy tu do czynienia z przestrzenią na innowację. Że potrzebna jest platforma – aplikacja do znajdowania, zarządzania i rozliczania zastępstw procesowych między prawnikami.
Bo spójrzmy na to z dystansu. Mamy XXI wiek. Adwokaci opowiadają na konferencjach o adaptacji sztucznej inteligencji w kancelariach, o automatyzacji analizy dokumentów, o legal techu. A równocześnie ci sami adwokaci szukają substytucji, wrzucając posty na prywatne grupy na Facebooku i licząc, że ktoś je akurat zobaczy. Innymi słowy, najbardziej podstawowa operacja w organizacji pracy kancelarii – przekazanie jednej czynności innemu pełnomocnikowi – odbywa się na narzędziu zaprojektowanym do dzielenia się zdjęciami z wakacji.
Pomysł się spodobał. I oto jesteśmy.
Czego nauczył mnie tamten wieczór
Z perspektywy czasu widzę, że tamta sytuacja obnażyła trzy odrębne problemy, które tylko pozornie są jednym:
- Problem znalezienia wykonawcy. Ogłoszenie na grupie to komunikat pasywny – czeka, aż ktoś na nie trafi. Potrzebny jest mechanizm, który aktywnie dociera do pełnomocników z właściwego miasta.
- Problem standardu. Nawet gdy wykonawca się znajdzie, ustalenia rozsypują się na komentarze, wiadomości prywatne, telefon i mail. Nikt nie wie, kto za co odpowiada i na jakich warunkach.
- Problem rozliczenia. Faktura wystawiona kiedyś, przelew kiedy indziej, a między nimi seria uprzejmych monitów, których nikt nie lubi ani wysyłać, ani otrzymywać.
Każdy z nich z osobna da się przeżyć. Razem tworzą rynek, który działa wbrew wszystkiemu, co wiemy o organizacji pracy.
Co z tego powstało
Wokanda.net to próba przeniesienia zastępstw procesowych z partyzantki do przewidywalnego procesu: zlecenie z opisanym zakresem, terminem i stawką, zweryfikowani wykonawcy, dokumenty w jednym miejscu i rozliczenie, o które nie trzeba się dopominać – środki są blokowane na rachunku escrow regulowanej instytucji płatniczej i uwalniane z chwilą wykonania zlecenia.
Nie twierdzę, że rozwiązaliśmy w ten sposób wszystkie bolączki rynku. Twierdzę natomiast, że żaden adwokat nie powinien w 2026 r. jechać czterech godzin na czterdziestopięciominutowe posiedzenie tylko dlatego, że post na grupie nie zdążył się wyświetlić właściwej osobie.
Podsumowanie
Wokanda.net nie wzięła się z analizy rynku ani z prezentacji dla inwestorów. Wzięła się z konkretnego wieczoru, konkretnej sygnatury i całkiem realnej perspektywy ośmiu godzin za kierownicą. Moim zdaniem najlepsze narzędzia powstają właśnie tak – z irytacji kogoś, kto wykonuje zawód, a nie z pomysłu kogoś, kto go obserwuje z zewnątrz.
Chcesz zlecić lub podjąć zastępstwo?
Zrób to na Wokandzie – zweryfikowani pełnomocnicy, ustalenia i rozliczenie w jednym miejscu.